Wystawy

Pragaleria

Stalowa 3, Warszawa

SIC to skrót łacińskiego określenia służącego do zaznaczenia, że cytowany fragment jest zgodny z oryginałem. Tytuł wystawy jednak do niego nie nawiązuje, choć do pewnego stopnia można przyjąć, że istnieje w tym względzie korelacja. Zwłaszcza biorąc pod uwagę mimetyczny charakter mojej twórczości i fakt, że opieram się przede wszystkim na obserwacji. Zgodnie ze znaczeniem pełnego brzmienia tego skrótu – Sic erat scriptum, staram się dochować wierności obiektowi, który portretuję. Określenie SIC nie jest w żadnym wypadku zarezerwowane dla łacińskiego zwrotu, przeciwnie – jest obciążone znacznie większą ilością znaczeń czyniąc sam kontekst kluczowym w jego rozumieniu.

Prawdziwym źródłem tytułu mojej wystawy jest wzór chemiczny materiału, z którym pracuję tworząc grafiki i dzięki któremu moje prace uzyskują charakterystyczną materię. Zatem „SiC” w tym wypadku (zgodnie z moją intencją) odnosi się do węgliku krzemu – materiału o bardzo wysokiej twardości, odporności termicznej, przewodnictwie cieplnym i elektrycznym, znajdującego zastosowanie w wielu dziedzinach. Jednak to nie te cechy zadecydowały, że po niego sięgnęłam. Dla mnie przede wszystkim liczy się jego struktura, określona gramatura i kolor, który bardzo dobrze kontrastuje z wypolerowaną blachą. W grafice artystycznej materiał ten najczęściej stosuje się w szlifowaniu kamieniu litograficznych, jednak biorąc pod uwagę, że moje prace wykonane są w technikach wklęsłodrukowych wykorzystanie węgliku krzemu ma tu inny charakter. Odnosząc się tytułem wystawy do karborundu (inna nazwa węgliku krzemu) pragnęłam w ten sposób podkreślić znaczenie jaki ma dla mnie ten materiał, który nadaje grafikom unikalny charakter, stanowiący „charakter pisma” trudny do podrobienia w innym warsztacie.

Agnieszka Lech-Bińczycka

Uchylamy zasłonę, spoglądamy przez prześwit pomiędzy dwoma kotarami, stajemy na palcach by zerknąć na to, co ukryte za rozłożonym parawanem. W ciszy i skupieniu – nie chcemy bowiem zaburzyć piękna chwili, spłoszyć ani zawstydzić obserwowanej dziewczyny. Jesteśmy przecież podglądaczami. Nasze spojrzenia wdzierają się w cudzą sferę intymności. Bohaterka prac Agnieszki Lech-Bińczyckiej zsuwa z siebie kimono, rozpuszcza i czesze włosy, nachyla się nad miską z wodą, przegląda w lustrze. Nigdy nie jest nam jednak dane ujrzeć jej oblicza. Być może wie, że jest obserwowana? Widzimy tylko tyle, ile sama zechce nam pokazać. Draperie kimona zaaranżowane są ekspresyjnie i teatralnie. Koszula zsuwa się kusząco tylko do pewnego momentu i ani centymetra niżej. Nagie ciało zwija się w embrion, abyśmy docenili piękno wystających kości łopatek, żeber, delikatnych ramion, mięśni pleców, łagodnej linii pośladków i piersi. Może się okazać, że wbrew naszemu pierwszemu wrażeniu, to właśnie ona kontroluje sytuację. My zaś nie jesteśmy niechcianymi obserwatorami, podglądaczami z ukrycia, lecz oczarowanymi widzami intymnego spektaklu, jednoosobowego theatrum. Zahipnotyzowani przyglądamy się jego jedynej bohaterce – niezdolni do odwrócenia wzroku. Fascynuje nas nie tylko wdzięk przedstawionej postaci, lecz również (a może przede wszystkim) piękno i spokój płynące z wykonywanych przez nią zwykłych, codziennych czynności. Właśnie w tym, bardziej niż w ukazanych rekwizytach (takich jak kimona czy pasy Obi) ujawnia się fascynacja artystki kulturą i sztuką Japonii. Pomimo monumentalnych wręcz formatów niektórych grafik, odnajdujemy w nich intymność, wyciszenie, przyczynek do kontemplacji – szczególnego ducha ZEN.

Nie ulega wątpliwości, że grafiki Agnieszki Lech-Bińczyckiej uwodzą widza (od pierwszego i każdego kolejnego spojrzenia) subtelnością, niezwykłą elegancją, finezją i liryzmem, które odnaleźć można w skomplikowanych gestach, ułożeniu ciała przedstawionej kobiety, w misternym udrapowaniu okrywających (lub – kusząco odsłaniających) ją tkanin. Znamienny jest jednak ten brak ukazania oblicza postaci. Agnieszka Lech-Bińczycka kontestuje współczesną kulturę „selfie”, w której stworzenie cyfrowego portretu i autoportretu jest niezwykle proste i dostępne dla każdego z nas. Umieszcza zatem prawdziwą treść przedstawiania w gestach, pozach, zagnieceniach i fałdach materiału – zwracając uwagę na szeroką gamę elementów, które, poza wychodzącym zazwyczaj na pierwszy plan, unikalnym dla każdego z nas wizerunkiem twarzy, budują naszą tożsamość.

Tytuł wystawy Agnieszki Lech-Bińczyckiej, zgodnie z wolą artystki, kieruje uwagę widza ku warsztatowi, technologii, materiałom używanym w procesie kształtowania formy, powstawania odbitki czyli fizycznego zaistnienia imago. Warto wiedzieć jednak, że w jej grafikach o tak charakterystycznym, rozpoznawalnym na pierwszy rzut oka ziarnie, ten efekt lekkości, delikatności, czy wręcz „eteryczności” uzyskiwany jest w wyniku żmudnego i pracochłonnego procesu twórczego. Autorska technika odprysku korundowego wymaga skupienia, cierpliwości, dużych nakładów pracy, bezwarunkowej akceptacji możliwości porażki, pogodzenia się z faktem, że pewne elementy tego procesu mogą wymykać się kontroli artysty. To filozofia pracy bliska buddyzmowi. Tak opisuje ją Agnieszka Lech-Bińczycka: Specyfika techniki, w której pracuję, narzuca mi określony rytm, w którym rozpoczęta już praca nie może zostać przerwana. Każdy dłuższy przestój niweluje moje starania o uzyskanie określonej materii, modelunku, czy detalu. Żeby lepiej zrozumieć o czym mówię, trzeba spróbować poznać technologię, w której tworzę, gdzie cały czas pojawiają się newralgiczne, czy też nieprzewidziane sytuacje, które decydują o tym, czy wielotygodniowy czas spędzony nad matrycą, ostatecznie zakończy się odbitką, czy może trzeba będzie wszystko powtórzyć. Moje matryce, nim zostaną wytrawione, są niezwykle delikatne i podatne na wszelkie czynniki zewnętrzne, gdyż obrazy na nich są usypywane. Można ten etap porównać do tworzenia mandali przez mnichów buddyjskich. Zamiast kolorowego piasku, którego używają mnisi, ja swoje grafiki tworzę z karborundu.

Marcin Krajewski

Dla kolekcjonerów istotne jest obcowanie z obiektem – możliwość obejrzenia
z bliska, dotknięcia, “czucia” tworzywa i struktury szkliwa. Obiekt ceramiczny karmi nie tylko oczy. W glinie
wypalanej w piecu jest coś, co wiąże człowieka z pierwotnymi siłami natury, pobudza zmysły. Obiekt ceramiczny
musi być obecny w przestrzeni galerii, nie da się go zaprezentować wyłącznie na fotografii.
Logo KERAMOSU przedstawia ludzi ulepionych z gliny: Adama i Ewę – patronów garncarzy. Wojciech
Czerwosz tak tłumaczył swój projekt: „Jak zostali wyrzuceni z raju, to wzięli się do ceramiki”. Ceramika to jedna
z najstarszych sztuk w historii ludzkości i przez wielu uznawana za najszlachetniejszą. Jak pisze Zofia Czerwosz,
kontynuatorka rodzinnych tradycji ceramicznych, córka Wojciecha: „Jest wiele sztuk łatwiejszych życiowo,
wymagających mniej wiedzy technologicznej i wysiłku fizycznego, zaś dającej możliwość wyrazu artystycznego”.
Dlaczego więc artyści wybierają ceramikę? Tworzą formy, opracowują autorskie szkliwa – nie korzystają z wiedzy
technologów. W wyniku wielokrotnie powtarzanych prób i błędów, stopniowo stają się mistrzami technologii. Sami
wypalają prace, świadomi, że to w piecu dzieje się magia i ostateczny efekt może różnić się od zamierzonego,
a wtedy trzeba zacząć pracę od początku. Ceramicy to ludzie silni i wytrwali, pokorni wobec tworzywa. Obiekt
ceramiczny jest zatem nie tylko wyrazem artystycznym, ale również świadectwem wiedzy, umiejętności
i cierpliwości.
Prace prezentowane podczas wystawy to popis mistrzów tej dziedziny sztuki ze środowiska
warszawskiego. Na szczególną uwagę zasługują prace Marii Sawickiej-Biczyk, studentki profesor Hanny
Żuławskiej, czy Poli Kurcewicz-Krystyniak, o której już w 1986 r. pisała prof. Irena Huml w opracowaniu dla Biura
Wystaw Artystycznych. Nie sposób również nie zauważyć długiej listy wystaw i odznaczeń Marka Moderau,
który wraz z żoną Barbarą tworzy wybitne, wielkoformatowe realizacje pomnikowe w kraju i zagranicą. Barbara
Moderau poza realizacjami wspólnymi, tworzy wspaniałe, lekkie i zabawne rzeźby zoomorficzne, od których
trudno oderwać wzrok, zwłaszcza gdy są to zwisające z sufitu nietoperze. Szlachetne prace Krystyny WacławekKaszuby są zaskakująco skromnych rozmiarów, gdyż artystka specjalizuje się w realizacjach wielkoformatowych
mozaikowych ścian ceramicznych. Prace Marka Kotarby znajdziemy w zbiorach Muzeum Narodowego
w Warszawie (oddział Nieborów), w Muzeum Ceramiki w Bolesławcu oraz w Międzynarodowym Muzeum Ceramiki
w Faenzie we Włoszech. Najmłodsze pokolenie reprezentują Paulina Gobiecka i Aliona Kryshtofik z pracami
lekkimi, zabawnymi w formie, a wymagającymi niezwykłej precyzji i wielkich umiejętności technologicznych.
Artyści reprezentują różne pokolenia, jak również pokazują zupełnie różne tematy, wizje i techniki. Można
powiedzieć, że wystawa prezentuje spektrum możliwości technologicznych i wizji artystycznych. Od Magdaleny
Czerwosz i jej magicznego “Zamku” po geometryzujące i nowoczesne obiekty Krzysztofa Bociana, który
w pracach chętnie wykorzystuje nowoczesne technologie. Zachwycające obłości i aksamitne szkliwo Marzeny
Bigaj potrafi zachwycić równie silnie, co surowość szamotu w pracy Moniki Grajdy.
W Warszawie nie ma Wydziału Ceramiki. Artyści najczęściej wywodzą się z Wydziału Rzeźby
(dziekanem jest tam obecnie wybitny ceramik – prof. Stanisław Brach) i tam dopiero jako specjalizację wybierają
ceramikę. Prace prezentują najczęściej podczas plenerów czy wyspecjalizowanych wystaw zbiorowych
(m.in. Biennale Stowarzyszenia KERAMOS). Życzymy sobie, by Pragaleria stała się przystankiem w ich artystycznej
drodze, miejscem, w którym mogą pokazać swoje prace szerszej widowni i w którym ich droga artystyczna spotka
się ze zrozumieniem i szacunkiem.

„Strajkowe lato 1980 roku zmieniło bieg dziejów Polski. Przez szesnaście miesięcy – od 14 sierpnia 1980 do 13 grudnia 1981 – żyliśmy nadzieją, walczyliśmy o demokratyzację życia społecznego. Powstał pierwszy w bloku państw komunistycznych niezależny, samorządny związek zawodowy 'Solidarność’. Polskich dążeń do wolności i demokracji nie przerwało wprowadzenie przez władzę w nocy z 12 na 13 grudnia 1981 roku stanu wojennego. Historyczny okres Sierpnia’80, czasów legalnej i podziemnej 'Solidarności’ zakończyły wybory 4 czerwca 1989 roku. Narodziny 'Solidarności’ obok znaczących zmian politycznych i społecznych przyniosły także zmiany w kulturze polskiej. Nasze nadzieje i oczekiwania znalazły swój wyraz również w sztuce. Zwłaszcza graficzne komentarze wydarzeń lat 1980-89 okazały się fascynującym świadectwem czasu.

Plakaty, rysunki mówiły o ideałach 'Solidarności’: godności, demokracji, wolności, prawdzie, sprawiedliwości. Wyrażały sprzeciw wobec represji, przemocy i nietolerancji. Przypominały o faktach historycznych ukrywanych i fałszowanych przez komunistyczne władze; stały się szczególnym kalendarzem polskich zrywów patriotycznych i społecznych. Interpretowały zachodzące w kraju zmiany społeczne, polityczne, gospodarcze i kulturalne.

Grafikę 'Solidarności’ zapoczątkowały odręczne, pośpiesznie malowane w sierpniu 1980 roku napisy i hasła na murach stoczni, kopalń, fabryk, zajezdni i ścianach domów, na wiejskich płotach i ogrodzeniach. Mówiły o tym, że strajki trwają, że strajkujący robotnicy nie ulegną. Podczas tych legendarnych dni powstał graficzny znak 'Solidarności’. Jego autorem był Jerzy Janiszewski, młody grafik i ilustrator z Gdańska.” Jerzy Brukwicki, wstęp do katalogu wystawy „Plakaty „Solidarności” z lat 1980-89″, Galeria Jabłkowskich, 2005

Jerzy Brukwicki (ur. 1945 r.)

Krytyk i kurator sztuki, dziennikarz. Wieloletni szef warszawskiej Galerii Krytyków Pokaz. Zajmuje się plakatem, grafiką. W latach 80. ubiegłego wieku współtworzył ruch kultury niezależnej m.in. autor wielu wystaw niezależnych, redaktor podziemnego tygodnika „PWA. Przegląd Wiadomości Agencyjnych”, wydawca i redaktor niezależnego pisma o kulturze „Wybór”, współpracował z wydawnictwami: NOWA, Przedświt, Pokolenie. Członek honorowy Związku Polskich Artystów Plastyków. Laureat Nagrody POLCUL (1987).